Autobus United Counties wlókł się A45, za oknami przewijały się malownicze miejscowości, o których w cywilizowanym świecie nie słyszał nikt — Kislingbury, Bugbrooke, Nether Heyford — ale te kilkanaście mil, jakie musiałem pokonać, pozwoliły mi na powtórzenie sobie w myślach argumentów, jakie miały przekonać prezesa Jacksona, by dał mi szansę w swoim klubie. Wciąż jeszcze niestary, ale już doświadczony, ambitny, z certyfikatem, płynna znajomość języka i jego przeszłości, podniosę sprzedaż klubowych koszulek wśród imigrantów z Polski, czy wspominałem, że Jan Paweł II był Polakiem? Brzmiało to tragicznie, nawet głupi zorientowałby się, że jestem zdesperowany... cześć, jestem Laska, z Polski, psiakrew.
Autobus płynnie skręcił w New Street i zatrzymał się naprzeciwko posterunku policji. End of the line, zaskrzypiał przez głośnik kierowca. Na lewo komisariat, na prawo dom spokojnej starości, a mnie czekał dziarski marsz na przedmieścia, bo tam właśnie miał swoją siedzibę klub. Formę miałem niezłą, więc zajęło mi to tyle czasu, ile powinno, Browns Road była na tyle mało ruchliwa, że bezczelnie puściłem się poboczem i w końcu stanąłem przed wejściem do budynku klubowego, przylegającego do stadionu. Spojrzałem na elegancki, maleńki stadion na góra dwa tysiące ludzi, wypieszczone trybuny, za jedną z bramek porośnięta lasem górka... Osz, kurde, pomyślałem, jestem we Wronkach.
Jak wyjaśniła mi elegancko ubrana sekretarka, prezes Jackson zarobił spore pieniądze w telefonii komórkowej i część tych pieniędzy zainwestował w swoją prywatną zabawkę. Nie omieszkała też dodać, że jestem dziewiątym i ostatnim kandydatem na trenera, jaki zawitał tego dnia w klubie, aczkolwiek pierwszym, który przyszedł pieszo. Nie wróżyło to dobrze, najprawdopodobniej prezes miał już swojego faworyta, a ze mną spotykał się wyłącznie w geście uprzejmości. Najbliższe chwile miały pokazać, jak bardzo się myliłem.
— Jesteśmy dumnym klubem — oznajmił prezes, mocząc wąsa w kuflu z lagerem; rozmawialiśmy nie w jego gabinecie, lecz na tarasie pierwszego piętra, mając widok na zadbaną murawę Communications Park. — Powstał w 1886 roku, więc możemy się poszczycić historią dłuższą niż wiele uznanych europejskich firm. Niestety niczym więcej — skrzywił się. — I ten awans do 1. Ligi Centralnej Ligi Południowej Evo-Stick jest naszym największym dotychczasowym osiągnięciem. Teraz szukamy zatem fachowca, który pomoże nam zachować ten status, a to nie będzie łatwe, ósma liga to już nie przelewki.
Do tej pory gawędziło się nam sympatycznie, prezes jedynie rzucił okiem na przywieziony przeze mnie plik zaświadczeń i certyfikatów, teraz wszakże wyczułem, że atmosfera gęstnieje.
— Wiem, że nie posiadam żadnego doświadczenia w tym fachu, ale znam się na piłce, kocham ten sport i jeśli da mi pan szansę, nie pożałuje pan tego — zapewniłem. — Naprawdę mi na tym zależy, wziąłbym tę pracę nawet za darmo.
— Za darmo? — dałbym sobie rękę uciąć, że oczy prezesa błysnęły żółtym światłem, jakby nosił w głowie Goa'ulda. — Czy to pańskie oficjalne stanowisko?
Przez moją głowę przeleciała wizja upokarzającego powrotu na zmywak, którą zaraz przesłoniły czerwone mundury szwoleżerów gwardii cesarskiej, skądś doleciał mnie zapach armatniego prochu przetykany wyraźną nutą żytniej gorzałki.
— Laissez faire aux Polonais — wycedziłem przez zaciśnięte zęby, a widząc nierozumiejące spojrzenie prezesa, na jego użytek dodałem po angielsku — Just so.
— Bardzo mnie to cieszy — prezes rozpromienił się niczym choinka w Wigilię i wyciągnął w moją stronę dłoń. — Witamy w klubie, trenerze. Wspólnie napiszemy nowy rozdział w historii Daventry Town.
Realia angielskiego futbolu amatorskiego nie stanowiły dla mnie szczególnego zaskoczenia, tak jak w Polsce tu także liczono się z każdym groszem, więc zatrudnienie kandydata najtańszego zamiast najlepszego nie było niczym niezwykłym. Trochę mniej typowo przedstawiała się struktura wynagrodzeń — zatrudnienie menedżera na kontrakcie miesięcznym, zaś jego asystenta na zawodowym wydawało mi się trochę dziwne, ale miałem nadzieję, że gdy lepiej się poznamy, prezes obdarzy mnie większym zaufaniem. Nie miałem wygórowanych oczekiwań wobec współpracowników; w końcu jako absolutny debiutant w tym fachu to ja miałem być pod szczególną obserwacją. Mój asystent o dziwnie znajomym imieniu, Stefan McElroy, był całkiem niezłym fachowcem od szkolenia młodzieży, co miało spore znaczenie, zważywszy na strukturę wiekową zespołu. Dokładnie to samo mogłem powiedzieć o jedynym trenerze zatrudnionym przez klub, Stuarcie Miltonie — obaj mieli dokładnie takie same kwalifikacje formalne co ja, więc nie miałem co liczyć na fachowe wsparcie z ich strony. Scott Forbes, lekarz z miejscowej przychodni, dorabiał sobie na etacie klubowego fizjoterapeuty, zaś wuefista jednej ze szkół w Northampton, Gary Yates, odpowiedzialny był za wyszukiwanie i ocenę kandydatów do gry w zespole.
Prezes był gotów znaleźć trochę pieniędzy na zatrudnienie drugiego scouta i drugiego trenera, ale nie widziałem takiej potrzeby. Poprosiłem Gary'ego, żeby w dniach wolnych od zajęć przejechał się po okolicy, ale nie zapuszczał się za daleko, gdyż w klubie niebawem powinni pojawić się pierwsi zaproszeni na testy zawodnicy z listy, jaką przedstawili mi moi nowi współpracownicy. Potem wraz ze Stefanem i Scottem usiedliśmy przed ekranem komputera i, posiłkując się wydanym przez FA DVD "Football Coach" opracowaliśmy ramowe programy treningowe dla naszych piłkarzy. Domyślałem się, że nie będę trenować gwiazd futbolu, ale zamierzałem podejść do nowej funkcji tak profesjonalnie, jak tylko będę w stanie. Zdecydowałem, że przez najbliższe parę dni damy naszym podopiecznym ostro w kość, by zrzucili trochę tłuszczyku, zaś schematy taktyczne ćwiczyć będziemy w sparingach. Po moim poprzedniku odziedziczyłem terminarz składający się z siedmiu meczów z takimi potęgami angielskiego futbolu jak Thatcham, Ardley, Tring, Flackwell Heath, Shepshed, North Leigh oraz Quorn, i powinien on wystarczyć, by rozpoznać mocne i słabe strony naszych zawodników.
A skoro już o zawodnikach mowa; na tym poziomie rozgrywek mogłem oczekiwać tylko jednego — gromady lokalnych amatorów wzmocnionej 2-3 gwiazdami z historią gry w profesjonalnych ligach. Instynkt mnie nie zawiódł i gdy wyszliśmy na murawę boiska treningowego na tyłach Communications Park, ujrzałem truchtającą wokół niego grupę szesnastu piłkarzy. Wśród nich dostrzegłem dwie znajome twarze, od gry których wiele miało zależeć w nadchodzącym sezonie — oczywiście o ile byłbym w stanie zatrzymać ich w klubie. 35-letni napastnik Howard Forinton, który mógł też grać na pozycji defensywnego pomocnika, przez dwa sezony reprezentował barwy Birmingham w Championship, miał też w swojej biografii takie kluby z League One jak Peterborough i Blackpool. O trzy lata młodszy obrońca, a jednocześnie napastnik Andy Baird rozegrał 79 spotkań w League One jako zawodnik Wycombe, i to ich aprobatę musiałem jak najszybciej uzyskać.
W klubowej kasie pozostało zaledwie około 2.000 funtów, a budżet płac przekroczony był o prawie 50%, tak więc miałem bardzo ograniczone pole manewru. W związku z tym nie zamierzałem automatycznie podpisywać nowych kontraktów z zawodnikami, którzy mogli w każdej chwili nas opuścić; z jednej strony pragnąłem ujrzeć ich w akcji, z drugiej zaś liczyłem na to, że znajdę lepszych od nich. Wyjątek zrobiłem dla piłkarzy, których już teraz uznawałem za kluczowych — Forintona, a także Marka Bellinghama i Rory'ego Squire'a. Luki w składzie, a było ich sporo zamierzałem łatać juniorami, licząc na to, że testy pozwolą mi wyszukać kilku klasowych zawodników. Jako że prezes Jackson nie widział potrzeby wiązania się umową patronacką z klubem z wyższej ligi, tylko to mi pozostało. Do rozpoczęcia sezonu było jeszcze sporo czasu, więc gdy wychodziłem z budynku klubowego po pierwszym dniu pracy, spiesząc się, by zdążyć na rozmowę w sprawie etatu w miejscowym McDonald's, przepełniał mnie nie do końca nieuzasadniony optymizm. Przy odpowiednim wysiłku i odrobinie szczęścia utrzymanie Daventry w lidze nie powinno być zadaniem niewykonalnym.
To tak nie działa, nie jestem You-Know-Who. Ale następny kawałek będzie ciutek dłuższy.
wyrażę chyba prośbę wszystkich mniej niż 2 strony nawet nie wklejej