Wychodząc z domu widywałem ciągle te same widoki. Szare, popękane ściany bloków, zardzewiałe huśtawki na placu zabaw. Bezdomni spali w bramach, żebracy prosili o parę groszy na kromkę chleba. Przy kuble na śmieci złomiarze walczyli miedzy sobą o pustą puszkę po piwie, która dawała kilka dodatkowych dekagramów aluminium. Gdzie się nie ruszyłem, widziałem biedę, nędzę, ubóstwo i nieszczęście wielu ludzi, a przecież nie o taką Polskę walczyli nasi dziadkowie. Z roku na rok od polityków słyszymy ciągle te same bajki - „za naszej kadencji będzie mniej bezrobocia, ludzie będą więcej zarabiać, a opłaty będą niższe". Większość, idąc głosować, wierzy w te puste słowa i stawia krzyżyk na ludzi, którzy lepiej kłamią. Ja się odciąłem od tego całego bałaganu i postanowiłem zmienić dotychczasowe życie, nie miałem już siły patrzeć na taką Polskę.
Jako niedoświadczony manager młodego pokolenia, trudno było mi znaleźć jakieś wygórowane oferty zatrudnienia. Składałem swoje nędzne CV gdzie popadło. Zaczynając od Afryki, kończąc na Azji. Pamiętam, jak przez pomyłkę wysłałem swoje curriculum vitae do rzeźni. Nawet dostałem telefon w tej sprawie i poszedłem na spotkanie. Pracodawca proponował mi tysiąc złotych miesięcznie za zabijanie świń i ich patroszenie. Odmówiłem natychmiastowo. Wychodząc z pokoju powiedziałem, że nikt nie przyjdzie do niego pracować za mniej niż najniższa krajowa. Co to za Polska, gdzie Polak wykorzystuje Polaka, zamiast mu pomóc w polepszeniu życiowej egzystencji?
Odezwało się do mnie także kilka klubów z Afryki, Azji i nawet jeden z Australii. Dwa ostatnie spotkania okazały się zbędne i wszystko zakończyło się fiaskiem. W rezerwie zostało mi kilka klubów z Czarnego Lądu. Jednak kiedy postawiłem pierwszy raz swoją bladą stopę na rozgrzanym, afrykańskim piasku wiedziałem, że to nie dla mnie. Wyszedłem z lotniska i zaczęło się piekło. Wszyscy ganiali i skakali jak jakieś małpy. Dwóch czarnoskórych chłopaków podbiegło do mnie wyszarpując mi teczkę z ręki. Za paskiem jednego z młodzieńców widziałem dwa pistolety. To było czyste szaleństwo. Obok sklepu z bananami widziałem małą dziewczynkę bez kończyn, która patykiem rysowała coś na piasku. Oglądając ten malutki skrawek społeczeństwa zrobiło mi się niedobrze i brało mnie na wymioty. Tak szybko jak przyleciałem tutaj, tak też błyskawicznie uciekłem. Porównując polskie życie z tym, które widziałem w Afryce, to niebo a piekło. W ojczystym kraju chociaż czuło się pewne bezpieczeństwo. W Afryce każdy dzień mógł być twoim ostatnim w życiu. Postanowiłem więc, że już nigdy nie będę szukał pracy poza Europą. Stanę się bezdomnym, ale nie pójdę pracować na obcym kontynencie. Mijały minuty, godziny, dni, lata a ja ciągle nic. Żadnych odzewów, czy to z polskich, czy z zagranicznych klubów. Powoli miałem dosyć już tego mizernego życia. Człowiek chce pracować, a nie jest w stanie znaleźć czegoś odpowiedniego dla siebie.
Wprawdzie dostałem jakieś cztery lata temu ofertę pracy w trzecioligowym polskim klubie. Przyjąłem bez zastanowienia, lecz nie wiedziałem w jakie bagno się pakuję. Miałem awansować o ligę wyżej, a tymczasem doprowadziłem klub do spadku. Mało tego, okazało się, że prezes był skorumpowany, a piłkarze sprzedawali kolejne ligowe spotkania w szatni. Jednak najgorzej wyszedłem na tym ja. Straciłem mieszkanie, przyjaciół, dziewczynę. Nikt nie chciał mieć nic wspólnego z moją skromną osobą, bo zwyczajnie uznawał mnie za złodzieja. Nie mając dachu nad głową, wróciłem do rodziców, którzy jako jedyni wierzyli w moje słowa i przygarnęli mnie znowu pod swoje skrzydła. Załamałem się psychicznie. Kilka razy próbowałem odebrać sobie życie. Za każdym razem ktoś musiał mi w tym przeszkodzić. Rodzice prosili mnie, abym zaczął chodzić na wizyty do specjalisty. Zgodziłem się. Większość z Was pewnie uważa, że psycholog nic nie pomaga. Otóż powiem Wam, że jest to chyba jedna z nielicznych osób, która potrafi wysłuchać człowieka do końca, wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski i pomóc w podniesieniu się z dołka. W ciągu ostatnich dwóch lat w moim życiu nic się nie zmieniło. Dalej byłem bezrobotnym managerem szukającym pracy. Mimo że chodziłem regularnie na terapię do pani psycholog, powoli traciłem wiarę w siebie i swoje możliwości. Wiedziałem, że moje życie pozostanie pozbawione sensu i jakiegokolwiek szczęścia. Jednak pewnego sobotniego ranka wydarzyło się coś, co zmieniło moje dotychczasowe życie i podejście do otaczającego mnie świata.
***
Wstałem, ogarnąłem pokój, poszedłem do kuchni zrobić sobie śniadanie i wypić ciepłą herbatę. Przy jedzeniu zastanawiałem się, co tym razem czeka mnie w tym nudnym i bezsensownym dniu. Pewnie jak zwykle poserfuje po Internecie w poszukiwaniu zatrudnienia, co oczywiście skończy się fiaskiem. Po zjedzonym posiłku poszedłem do łazienki ogarnąć swoją parszywą sylwetkę do stanu używalności. Trzydziestominutowa obecność pod prysznicem sprawiła, że choć na chwilę odrzuciłem czarne myśli i pomyślałem w końcu pozytywnie. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo otrzymałem zwrotne maile od prezesów klubów z informacją, że niestety, ale nie zostanę przyjęty na stanowisko managera. Zdenerwowałem się i cały spieniłem. Po chwili ubrałem się i czym prędzej wyszedłem z domu, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Na klatce spotkałem sąsiada, który prowadził własną firmę produkującą okna. Zazdrościłem mu, że miał pomysł na własny interes, a teraz kręci z tego niezłe pieniądze. Wyszedłem z klatki i udałem się w kierunku parku, gdzie siadałem na ławce i rozmyślałem o wszelkich problemach. Idąc mijałem ludzi, którzy śmiali się i dowcipkowali. Na boisku dzieciaki biegały za piłką, zaś na ławce siedzieli starsi panowie, którzy jak zwykle rozmawiali na temat polityki. Pięć minut później doszedłem do swojej ławeczki. Usiadłem i starałem się zapomnieć o tym, co mnie dzisiaj rano spotkało. Z lekkiej hipnozy wyrwał mnie dzwonek sms. Nadawca: mama. Synku wracaj do domu. Niedługo obiad będzie, poza tym dostałeś jakąś wiadomość na komputerze. Buziaki mama. Włożyłem telefon do kieszeni, wstałem i ruszyłem w kierunku domu. Po drodze zahaczyłem o kiosk i kupiłem gazetę sportową.
Wszedłem do domu, powiesiłem kurtkę na wieszaku i poszedłem do swojego pokoju, gdzie miałem komputer. Wiadomość mailowa była krótka - Witam. Proszę się stawić jutro pod adres CFC, Fulham Road, Londyn, SW6 1HS. Chcę się z Panem spotkać i omówić pewną kwestię. Proponuję się spotkać o godzinie 12:00. Na dole będzie na Pana czekać gość ubrany w biały garnitur. Proszę się nie spóźnić. Bilet lotniczy czeka na Pana, w kasie biletowej na lotnisku. Do zobaczenia. Zamknąłem pocztę i wyłączyłem komputer. Wyszedłem z pokoju i poszedłem do kuchni na obiad. Podczas posiłku powiedziałem rodzicom o wiadomości, jaką przed paroma minutami przeczytałem. Po zjedzeniu dwóch dań wróciłem do pokoju i zacząłem się pakować do podróży. Wylot z Wrocławia miałem o godzinie 9:30. Cała podróż trwała niecałe półtorej godziny.
Na lotnisku w Londynie złapałem pierwszą lepszą taksówkę i kazałem kierowcy jechać na wyznaczony adres. Jadąc podziwiałem piękne zabytkowe budynki, ludzi spacerujących w deszczu. Po trzydziestominutowej podróży dojechałem na wyznaczony adres. Wysiadając z samochodu, nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Ni stąd ni zowąd stałem przed siedzibą Chelsea Londyn. Zszokowany i cały sparaliżowany zaistniałą sytuacją nie zauważyłem nawet, kiedy samochód mnie ochlapał. Po otrząśnięciu się z szoku ruszyłem w kierunku wejścia, gdzie czekał na mnie facet ubrany w biały garnitur. Przedstawiłem się i powiedziałem, że ktoś chciał się ze mną widzieć. Facet lekkim ruchem głowy potwierdził moją informację, po czym kazał iść za sobą. Po przebyciu kilku krętych korytarzy dotarłem na miejsce spotkania. Na czarnych drzwiach wisiała wizytówka. Biuro Romana Abramowicza. Lekko zdenerwowany zapukałem do drzwi i wszedłem do środka. W pomieszczeniu czuć było kanadyjskie drewno i jakiś czekoladowy zapach. W gablotach stały wszystkie puchary, jakie do tej pory udało się wygrać londyńskiemu klubowi. Jedna ze ścian była cała pokryta proporczykami z przeróżnych imprez. Na drugiej zaś wisiały dyplomy poszczególnych gwiazd londyńskiego klubu. Za biurkiem siedział już lekko siwiejący Roman Abramowicz. Wstał i ruszył w moim kierunku.
- Cieszę się, że Pan się pojawił - zaczął
prezes Chelsea, ściskając mi rękę na powitanie.
- Ja
również się cieszę i nie powiem, ale jestem lekko zaskoczony całą
tą sytuacją.
- Przejdźmy może do konkretów. Na sam początek
mówmy sobie po imieniu, to ułatwi nam współpracę.
-
Oczywiście, nie widzę przeciwwskazań. Jeśli mogę zapytać, to o
jakiej współpracy Pan... oj przepraszam... Roman mówisz?
- No
od dnia dzisiejszego jesteś managerem Chelsea Londyn. Przed Tobą
leży dwudziestostronnicowy kontrakt. Przejrzyj go sobie, na
przedostatniej stronie widnieje kwota, jaką będziesz zarabiać.
-
Nie wiem, co powiedzieć. Jestem w lekkim szoku.
- Najlepiej nic
nie mów, tylko podpisz kontrakt i bierz się do roboty. Twoje
poczynania śledziłem uważnie i wiem, że jesteś świetnym
strategiem. Właśnie takiej osoby nam tutaj trzeba. Wierzę w to, że
poprowadzisz ten klub na sam szczyt europejskiej drabinki.
-
Widzę pewne nieścisłości w kontrakcie. Tutaj jest napisane, że
będę zarabiać 135 tysięcy euro miesięcznie. Chyba o jedną cyfrę
za dużo...
- Pokaż mi to. Nie, wszystko jest w porządku i
przyzwyczaj się do tej kwoty. Kiedy zobaczę rezultaty, to podwyższę
Ci pensję. To by było na tyle, jeśli chodzi o dzisiaj. Ah...
prawie bym zapomniał. Tutaj masz klucze do swojego mieszkania, tutaj
zaś do służbowego samochodu. Weź kontrakt do domu i na spokojnie
przeczytaj go sobie. Jutro o ósmej rano staw się u mnie w biurze.
Mam nadzieje, że już z Twoim podpisem na papierze. Cześć i do
jutra.
- Cześć.
Podziękowałem i wyszedłem z gabinetu. W korytarzu minąłem się z dwoma piłkarzami Chelsea - Didierem Drogbą i Frankiem Lampardem. Pewnie szli do prezesa omawiać ważne sprawy. Na pierwszym piętrze spotkałem swojego asystenta Roberto Di Matteo, który zaproponował wycieczkę po ośrodku klubowym. Zaczęliśmy od szatni, gdzie jutro miałem przywitać się z moimi podopiecznymi, skończyliśmy na murawie przepięknego Stamford Bridge.
Po zwiedzeniu całego kompleksu klubowego, pojechałem na wyznaczony adres, gdzie znajdowało się moje mieszkanie. Oszołomiony całą tą sprawą postanowiłem położyć się i przespać chociaż kilka godzin. Po odbyciu krótkiego snu i wypiciu ciepłej, angielskiej herbaty zagłębiłem się w szczegóły kontraktu. Wszystko wydawało się tak, jak być powinno. Po lekturze postanowiłem wziąć prysznic i przemyśleć wszystko to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa dni. Analizowałem wszystkie plusy i minusy zaistniałej sytuacji. Z jednej strony w Polsce nigdy nie zarobię takich pieniędzy, co tutaj w miesiąc, a z drugiej strony bałem się objąć tak renomowany klub. Godzinny prysznic wystarczył na podjęcie ostatecznej decyzji. Wziąłem niebieski długopis i podpisałem kontrakt obowiązujący na dwa lata. Nazajutrz zjawiłem się u prezesa podając mu do rąk podpisany przeze mnie kontrakt. W biurze obecny był również mój asystent, z którym wspólnie mieliśmy udać się na boisko treningowe i rozpocząć pierwsze luźne zajęcia. Nawet nie wiecie jak się denerwowałem tym faktem. Piłkarze czekali już na murawie i z zaciekawieniem patrzyli na mnie, kiedy zmierzałem w ich kierunku. Podszedłem bliżej.
- Dzień dobry. Nazywam się Damian Łodyga i od dziś będę Waszym managerem. Mam nadzieje, że nasza współpraca będzie dobrze funkcjonować i wspólnymi siłami, krok po kroku, wejdziemy na najwyższy szczebel światowej piłki. Jako że to mój pierwszy trening z Wami, proponuję krótką grę kontrolną. Podzielę Was na dwa zespoły i zagracie dwie połowy po 20 minut. Chcę poznać Waszą grę.
Po czterdziestominutowym meczu zakończyłem trening i pozwoliłem chłopakom wrócić do domu. Ja zaś wraz z asystentem udałem się do klubowej kawiarni, by omówić plan działania na obecny sezon.
Manager, który zleciał z III do IV ligi w Polsce dostaje fuchę w Chelsea? niezły science-fiction ;)
W drugiej części autor się obudzi w Boguchwale :P
rzeźnicy zarabiają więcej;))