Odmówili nam kolejno: Trzej Portugalczycy, Etiopczyk, Macedończyk, Libańczyk i reprezentanci Madagaskaru oraz Wybrzeża Kości Słoniowej. Jedynym zawodnikiem, który zainteresowany był choć trochę grą na Estadio da Barrincha, był snajper Pontassolense z grupy południowej trzeciej ligi portugalskiej, dwudziestopięcioletni Angelo Jesus Gomes Henriques, czyli po prostu Angelo. Gdy jednak przyjechałem do Ponta do Sol, aby zobaczyć go w akcji, na moich oczach, w samej końcówce meczu doznał ciężkiej kontuzji więzadeł krzyżowych. Mało mnie szlag na trybunach nie trafił, bo spisywał się on naprawdę znakomicie.
Mijały kolejne dni okienka trasferowego, a problem z linią ataku pozostawał nierozwiązany. Na szczęście łatwiej miały się sprawy z zawodnikami grającymi na innych pozycjach. Wreszcie udało się rozwiązać problem z newralgiczną prawą obroną, przechodzącego rehabilitację po złamaniu nogi Rui Lopesa zastępował do tej pory szesnastolatek Rui Cardoso, ale pierwszego stycznia do klubu przyjechał (jeszcze wtedy skacowany po wieczorze sylwestrowym) Nelson Piquet, człowiek o nazwisku rozsławionym przez słynnego kierowcę Formuły 1. Lokalni miłośnicy hazardu wycofali ze swojej oferty zakłady o to „jaki kiks popełni w następnym meczu Cardoso”, a sam Rui wrócił z powrotem do młodzieżówki. Również pierwszego dnia 2010 roku do Esmoriz zawitał wychowanek Maritimo, dwudziestopięcioletni Brazylijczyk Eduardo „Dudu” Silva, który miał zwiększyć rywalizację na lewym skrzydle, gdzie dotąd pewne miejsce miał jego starszy o dziewięć lat rodak, Eder.
Jakieś trzy dni przed końcem 2009 roku wpadłem na ciekawy pomysł – mianowicie sprowadzić do drużyny zawodnika z Polski. Niestety, nie było mowy o transferze z Ekstraklasy lub I Ligi – wszystkie próby kończyły się tak samo jak w przypadku napastników – ale wkrótce udało się ściągnąć nad Atlantyk Damian Sałka, lewego obrońcę Siarki Tarnobrzeg, klubu z moich rodzinnych stron. A klasowego napastnika dalej nie było.
Po meczu z Academico Viseu, rozpoczynającym rundę rewanżową, nasza seria minut bez bramki wzrosła do ponad czterystu. Mój asystent podsunął mi ciekawą propozycję – wypożyczyć jakiegoś solidnego, ale nie mieszczącego się w składzie snajpera z klubu pierwszej i drugiej ligi. Podążając tym tropem, znalazłem dwóch interesujących kandydatów – Brazylijczyka Silasa, przesuniętego do rezerw zespołu Trofense, oraz młodego Amara Zildovica, z pierwszoligowego Nacionalu Madeira. W sprowadzeniu tego pierwszego przeszkodziły jednak względy finansowe –klub żądał wypłacania przez nas pięćdziesięciu procent jego pensji (nie było to możliwe, bo zarabiał aż 2800 euro miesięcznie). Z kolei w przypadku Serba negocjacje zaszły na bardzo wysoki poziom. Tak wysoki, że czternastego stycznia miał on przyjechać razem z przedstawicielem Nacionalu i poznać klub z bliska.
Kilka dni wcześniej zatrudniłem paru nierobów z drużyny rezerw, aby pomogli ekipie remontowej odmalować szatnię, opanowaną przez grzyba i wilgoć. Także każde krzesełko na stadionie zostało wypolerowane odręcznie, asortyment klubowej kawiarni poszerzył się jednorazowo o kilka ekskluzywnych drinków, a ja wyjątkowo zmieniłem dres, w którym zwykle przychodziłem do pracy na garnitur.
Od rana razem z prezesem Salvatorem Lourosą czekaliśmy w siedzibie klubu na gości. Mojemu asystentowi i reszcie współpracowników dałem wolne, bo znałem dobrze ich umiejętności zachowywania się w towarzystwie. O godzinie jedenastej dostałem informację, że prom z Funchal na Maderze dopłynął do Porto, a kilkadziesiąt minut później na klubowy parking wjechało czarne audi A6 z przyciemnianymi szybami. Wysiadł z niego czarnoskóry pan w średnim wieku, oraz młody chłopak w ciemnych okularach i włosami na żelu. Żując gumę z otwartymi ustami, rozglądał się po otaczającym parking skwerze. Tymczasem starszy pan szepnął coś do kierowcy, siedzącego w samochodzie. Rozpoznałem w nim po głosie prezesa, z którym wcześniej telefonicznie rozmawiałem w sprawie Zildovicia. Pomyślałem, że powinienem go przedstawić Salvatorowi.
- Panie prezesie, to Rui Alves, szef klubu Nacional de Madeira.
- My się już skądś znamy… - stwierdził z przekąsem Salvador.
- A ciebie witam serdecznie w Esmoriz, najpiękniejszym kurorcie w dystrykcie Aveiro! Jestem Krzysztof Ryba, menedżer tutejszego klubu. Amar Zildovic tak? – Młodzieniec kiwnął głową – Cóż, nie wiem jak się do ciebie zwracać… a młody jesteś, co tam. No więc Amar, jak leci? Słyszałem, że na Maderze nie grasz za wiele? U nas będzie lepiej, widziałem cię w akcji, przerastasz umiejętnościami całą naszą ligę!
- Ogólnie w trzeciej lidze samo ścierwo gra. – odparł napastnik.
Przyznam szczerze, trochę mnie obraził. Dobrze wiem, że moi zawodnicy niewiele umieją, ale nigdy nie nazwałbym ich „ścierwem”.
- Amar obejrzał już miasto, ale chciałby jeszcze zapoznać się ze stadionem, z panującymi tu warunkami… - zaczął pan Alves.
- Oczywiście oczywiście…
- Także ty Krzysiek oprowadzisz panów, a ja pójdę do siebie, trzeba przygotować niezbędne dokumenty – wtrącił prezes, po czym szybko się oddalił.
- No to idziemy…
We trójkę weszliśmy na stadion. Poprowadziłem gości w kierunku najwyższych rzędów wschodniej trybuny, skąd rozciągał się widok na jezioro Barrincha, a także na pas plaż oraz atlantyckie wybrzeże.
- Ładny widok tu macie, stadion też zadbany… - stwierdził pan Alves, mrugając zachęcająco w kierunku Serba . Widać było, że jemu też zależało na przejściu Amara do naszego zespołu.
- Dziękuję. Pracownicy obsługi dobrze wykonują swoją pracę – to było oczywiste kłamstwo. Rudi, stały bywalec lokalnych knajp, szumnie nazywany „kierownikiem stadionu” w pracy pojawiał się, lekko mówiąc „rzadziej niż powinien”. Choć dzisiaj akurat zaszczycił nas swoją obecnością. Łaził bez celu wzdłuż linii bocznej, udając, że wykonuje swoje obowiązki.
- Hej, panie Rudi! Co to ma być? Ile razy mówiłem, żeby kosić trawę też za bramkami, nie tylko na boisku! – krzyknąłem do niego. Naszła mnie jakaś pokusa, aby udowodnić przed gośćmi mój autorytet w klubie.
- Się robi, panie mene… mandż… menż… trenerze! – Rudi zasalutował czapką i poszedł szukać kosiarki.
- Na nasze mecze, według statystyki ligowej, przychodzi średnio około czterystu widzów – zwróciłem się do Amara i pana Alvesa, gdy tylko „kierownik” zszedł z płyty boiska - wiecie jednak, jak to zazwyczaj z tym liczeniem frekwencji bywa. W sumie trybuny mogą pomieścić półtorej tysiąca ludzi. W dodatku lokalizacja stadionu jest bardzo dobra, pozwala na dużą rozbudowę w przyszłości. Szykujemy się też do… - nie zdążyłem dokończyć, przeszkodził mi Rudi, który z powrotem pojawił się na boisku.
- Panie trenerze, nie ma kosiarki! To jest… znaczy… może gdzieś jest ale ja nie mogę znaleźć! – wykrzyczał – Mówiłem, trzeba było nie pozwalać młodzikom grać na dużym stadionie sparingu z tymi kacapami z Macedy! Wieśniaki wszystko rozkradły i pewnie na złom gdzieś wywieźli!
Nie widziałem tego dokładnie, ale zdawało mi się, że na twarzy Zildovicia pojawiła się grymas sugerujący zniesmaczenie.
Dalej poprowadziłem moich gości do szatni. Dzień wcześniej trwały tam szalone prace renowacyjne - wiadomo, musiała wyglądać ładnie, żeby zrobić dobre wrażenie. No a w poprzednim „wcieleniu” na pewno nie byłaby do tego zdolna. Tuż po wejściu zauważyłem, że wzrok Amara przykuł niezamalowany fragment osadu wilgoci na suficie. W głowie zapisałem sobie „gdy tylko goście wyjadą, opieprzyć solidnie Rucę, Narcisio i Mohameda”
- Może tego na początku nie widać, ale Esmoriz to drużyna solidnych profesjonalistów, potrafiących skupić się na futbolu kiedy trzeba – próbowałem zainicjować rozmowę, ale Zildovic nie był do niej zbyt chętny - Na pewno znajdziesz z nimi wspólny język.
W szatni nie było zbyt dużo do opowiadania, więc szybko przeszliśmy w stronę budynków klubowych. Na korytarzu minęliśmy Damiana Sałka, któremu z kieszeni wystawał pewien szklany przedmiot o obłych kształtach, z podejrzanym płynem wewnątrz. Znów poczułem na sobie krępujące spojrzenie serbskiego napastnika. Aby odwrócić uwagę gości, znów zacząłem mówić.
- Jak już wspominałem, Esmoriz to spory kurort turystyczny. Od czerwca do września zjeżdżają się tu tłumy turystów z różnych stron świata… a ile pięknych turystek tu przyjeżdża! No no… w Polsce określa się to tak: „Do wyboru, do koloru!” – i wtedy zorientowałem się, że popełniłem straszną gafę na tle rasistowskim. Pan Rui Alves był afroamerykaninem! Ręce zaczęły mi się lekko pocić, serce przyspieszyło tętno. Czułem, że tylko się kompromituje.
Później zapoznałem gości z kilkoma pracownikami klubu, a następnie poprowadziłem ich do klubowej kawiarni, gdzie mieliśmy omówić kwestie związane z wypożyczeniem Amara. Już przed wejściem usłyszałem głosy dwóch ludzi dochodzące ze środka.
- Hahahaha, frajer, takiej prostej rzeczy nie umie zrobić! – krzyknął ktoś w podobnym stylu, jak to zazwyczaj robił nasz skrzydłowy, Hugo Sa.
- W ryja chcesz! Dawaj następnego eurasa, muszę się zrewanżować! – krzyknął ktoś drugi, był to prawdopodobnie Bruno De Paiva.
- Chciałbyś, rewanżowałeś się tak już z dziesięć razy!
- Ej no, Hugo, nie bądź taki… Dawaj po cię poszlachtuję! – ryknął Bruno. Poprosiłem gości o pozostanie na zewnątrz, a sam wszedłem do kawiarni.
- Co tu się dzieje?! – Nim piłkarze zdążyli odpowiedzieć, sam zorientowałem się w sytuacji. Otóż Bruno w dosyć hałaśliwy sposób próbował wymusić od swojego kolegi monety, potrzebne do uruchomienia stojącego przy ścianie automatu z grą wideo z gatunku wyścigowych.
- O… eee… - Hugo zmieszał się na mój widok.
- Chłopaki, uspokójcie się, a najlepiej to idźcie w cholerę, mam ważnych gości negocjuje kontrakt… - powiedziałem półgłosem.
- Ooo nie, ja muszę najpierw WYGRAĆ! – szkoda, że Bruno nigdy na boisku nie wykazywał takiej woli walki – A jemu co szkodzi…
- Dzień dobry! – wtrącił wpół zdania Hugo Sa.
Zamurowało mnie. Zarówno pan Alves jak i Amar nie posłuchali mojej prośby i weszli za mną do kawiarni. Widzieli i słyszeli wszystko. Nie wiadomo dlaczego przypomniały mi się moje słowa, wypowiedziane kilkadziesiąt minut temu. „Może tego na pierwszy rzut oka nie widać, ale Esmoriz to drużyna solidnych profesjonalistów”.
Odwróciłem się. Prezes klubu z Madeiry zasłonił usta dłonią, broniąc się przed atakiem śmiechu, zaś Serb spoglądał zdegustowany w kierunku siedzącego przed automatem De Paivy.
- Eee… zapraszam panów – wskazałem dłonią na jeden ze stolików – to jak będzie, podoba ci się u nas? – zapytałem Amara.
Nie zareagował. Wpatrywał się tylko w resztki sałatki, rozsypane na sąsiednim stoliku. Dopiero pan Alves, uderzając delikatnie dłonią w blat przywrócił mu kontakt z rzeczywistością.
- Co? A… możesz powtórzyć?
- No i jak? Podoba ci się w Esmoriz?
- Eeee… - Serb znów się zawiesił – szczerze? – zapytał po chwili.
„Nie, kłam, proszę bardzo!” pomyślałem, po czym skinąłem głową z wymuszonym uśmieszkiem.
- Szczerze, to wszystko to jest jedno wielkie bagno. Ja mam grać w czymś takim? To nie jest nawet klub, to jakaś zbieranina dziwaków. Ja się w ogóle dziwię, że wy jeszcze gracie w trzeciej lidze. Najwyraźniej umiecie dać kopertę pod stołem komu trzeba, że dalej dostajecie licencję. Musiałbym upaść na głowę, żeby się zgodzić występować w tej farsie. Mogę już iść? Nudzi mi się.
Szurnął krzesłem po podłodze, wstał i wyszedł na korytarz, nic więcej nie mówiąc. Alves coś tam wymamrotał pod nosem i pobiegł za nim. A ja siedziałem zbaraniały, dopóki nie przyszedł prezes z dokumentami i nie powiedział:
- Co ty tu robisz? Ile jeszcze będę czekać, papiery gotowe! Zaraz… gdzie są goście?
I po chwili siedzieliśmy tak razem, z ponurymi minami, co chwilę wzdychając coś w stylu „tyle roboty na nic”.
Negocjacje zakończyły się klapą, a tymczasem już następnego dnia czekało nas ważne spotkanie ze znajdującym się tuż za nami w tabeli Tourizense. Zawodnicy zdążyli się już dowiedzieć, jak potraktował klub Zildovic, i także stracili ochotę do gry. W takim wypadku mecz mógł się zakończyć tylko w jeden sposób – i nie byłem zaskoczony, gdy już po pół godzinie gry rywale prowadzili dwoma bramkami. Po tym spotkaniu po raz pierwszy w sezonie znaleźliśmy się w strefie spadkowej.
Robi się gorąco…