Jestem być może staroświecki, ale zawsze, każde nowe dzieło SI porównuję z ukochaną przeze mnie "szóstką". Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że ciężko jest postawić na jednej szali FM-a 2006 i najnowszego (jeszcze przez tydzień), oznaczonego numerkami 2010. Jestem świadom, że to jest to samo, jakby porównać do siebie Fiata 126p z najnowszym modelem BMW. Jednak mimo to – a często zupełnie nieświadomie – oceniam plusy i minusy jednej gry, porównuję do drugiej i zawsze w rubryce "bilans" wychodzi mi na to, że "szóstka" odstawiła daleko, daleko w tyle pozostałych konkurentów.
Po pierwsze - klimat. Godziny spędzone przed 2006 zawsze będą tkwić w mojej pamięci, będę je wspominał z uśmiechem na ustach. To właśnie tam uczyłem się budować klub z niczego, opierając się jedynie na własnym, menedżerskim instynkcie. Potrafiłem spędzić długie godziny na przeglądaniu profili poszczególnych zawodników, rozpisywać sobie w notesiku ich mocne i słabe strony, porównywać z moimi graczami i na tej podstawie decydować o ewentualnym zatrudnieniu piłkarza, bądź nie. W tym momencie sam sobie byłem sterem, żeglarzem i okrętem. Ograniczone raporty skautów powodowały, że musiałem brać na swoje barki ciężar odpowiedzialności za każdy transfer – to nie było tak, że każdy zawodnik był idealny i stawał się gwiazdą klubu. Gdyby tak było, z pewnością gra stałaby się banalna, a przecież nie o to chodzi. Niewypały transferowe również się zdarzały i to właśnie one bolały najbardziej. Nie źle dobrana taktyka na mecz, nie zła rozmowa w szatni, która zamiast pomóc piłkarzom, doszczętnie ich dobiła… To właśnie wydane pieniądze na kogoś, kto zawiódł, bolały najbardziej. Zawsze sprawdzałem dokładnie, dlaczego tak się stało i co spowodowało, że transfer ten można było uznać za niewypał. Mocno biłem się w pierś, brałem na siebie odpowiedzialność za każdy błąd – tak właśnie wyglądała moja przygoda z Football Managerem 2006. Nigdy nie traktowałem tej gry jak miejsca, gdzie trochę poklikam myszką i osiągnę sukces. I naprawdę sprawiało to olbrzymią satysfakcję! Ciężka praca przed szklanym ekranem monitora, która później została nagrodzona dobrym rezultatem, wprawiała mnie w szał radości! Potrafiłem żyć tą grą, emocjonować się każdym złym zachowaniem moich piłkarzy na murawie. Byłem ojcem, gdy piłkarz był niezadowolony i chciał odejść z klubu, ale również byłem szefem – gdy często ich oczekiwania nie szły w parze z umiejętnościami.
W obecnej wersji, ani pozostałych, już tego nie przeżyłem. Moja gra oczywiście nie skupiła się tylko i wyłącznie na klikaniu "Kontynuuj" - to jasne, ale w żadnym prowadzonym przeze mnie zespole nie czułem, że się z nim scalam. Nie czułem się jak Jose Mourinho w FC Porto, gdy wygrywałem Puchar Mistrzów, ani jak sir Alex Ferguson, gdy w jednym zespole potrafiłem spędzić kilkanaście sezonów. Oczywiście było to piękne przeżycie, które było warte udokumentowania w moim dossier, ale to jednak nie było coś, co sprawiałoby mi dumę. To raczej było uczucie, które towarzyszy wypalonym trenerom – poczucie spełnionego obowiązku, ale brak osobistej satysfakcji. Nie ta liga? To z pewnością nie jest to. Szukałem pracy w rozmaitych stronach świata, od Azji, przez Europę, po Ameryce kończąc.
Jakie już to nostalgiczne pieprzenie jest nudne, ileż się można odwoływać do przeszłości