Disclaimer: Tekst jest opowiadaniem bazującym na wynikach zespołu młodzieżowego pewnej drużyny polskiej Ekstraklasy w FM-ie 2009. Wszelka stylizacja zamierzona - wszelkie zbieżności przypadkowe.
Część pierwsza,
w której marudzę, przynudzam, zaczynam, nie kończę. Jak się to wszystko zaczęło i pierwsze kroki w profesjonalnej piłce nożnej. Pierwszy trening wstępem do wszystkich późniejszych wydarzeń. Tych złych i tych dobrych też.
Myślę, że na początku wypadałoby się przedstawić… Nawet jeśli piszę te słowa tylko dla siebie i nawet jeśli nie do końca wiem, co mnie do tego – do pisania – podkusiło. Impuls, ale co poza tym?
W każdym razie – nie martwcie się. Nie mam zamiaru opowiadać o sobie… a w każdym razie nie tylko o sobie. Jednakże, zanim zacznę opisywać wszystkie wydarzenia minionego roku, gdy z Fukim, Kusym, Michasiem, Romanem i innymi nieoczekiwanie zdobyliśmy mistrzostwo okręgu kłodzkiego, muszę przez chwilę poprzynudzać. Wybaczcie.
Nazywam się Kamil Michniewski i mam piętnaście lat. Odkąd pamiętam mieszkam w Dębicach, miasteczku, gdzie jak mówi legenda kończy się świat, a zaczyna nuda… cholerna wszechogarniająca nuda. Być może przesadzam – w końcu nie jest to aż takie złe miejsce – ale musicie mnie zrozumieć: do liceum chciałbym się wyrwać do jakiegoś większego miasta, do Wrocławia, Poznania, czy Krakowa. I z tego punktu widzenia moje marudzenie wydaje się normalne, jeśli nie – choćby częściowo – uzasadnione. Poza tym, miasto, w którym nie ma nawet kina, według mnie nie ma prawa nazywać się miastem. Zatęchłą dziurą – owszem. Ale nie miastem.
Trudno mi powiedzieć, czym właściwie się interesuję; tak sobie myślę, że najlepszą odpowiedzią byłoby: wszystkim po trochu. Większość czasu spędzam przy komputerze i, oczywiście, w Internecie. Dużo czytam – od powieści przygodowych, po książki historyczne, a na fantasy i science-fiction kończąc. Lubię pisać – ot, choćby tak jak teraz – ale nie chciałbym zostać pisarzem. Za ciężka robota. Mimo to w życiu kieruję się naczelną zasadą wszystkich dobrych pisarzy – trzeba wiedzieć, o czym się pisze. Ergo, trzeba również wiedzieć, o czym się mówi. I co może najważniejsze – trzeba wiedzieć, co się robi. Zawsze.
Dlatego nigdy nie stroniłem – i nie stronię – od niczego, co mogłoby mi się kiedyś w życiu przydać.
Ach… byłbym zapomniał. Uprawiam sporty. To takie oczywiste, że aż – jak sądziłem – nie warte wspomnienia. Piłka ręczna, siatkówka, koszykówka, jogging, skoki w dali, biegi krótko i długodystansowe… Niemal wszystko, czego znam zasady. Gram w domu, w szkole, na podwórku… wszędzie. Od szóstej klasy regularnie jeżdżę na zawody, by – tak mi napisali na świadectwie – ”reprezentować społeczność uczniowską i szkołę na arenie regionalnej w sferze sportowej”. Najdalej zaszliśmy na zawodach w „rękę” – do półfinału strefy; tam przegraliśmy ze Świebodzicami i to oni pojechali walczyć o etap wojewódzki. Pamiętam, że nigdy w życiu nie byłem bardziej rozczarowany i zdołowany. A przynajmniej do czasu piętnastego czerwca dwa tysiące dziewiątego roku.
Był tylko jeden sport, jedna dyscyplina, której nie lubiłem.
Piłka nożna.
Dzięki swojemu wzrostowi świetnie radziłem sobie w ręce i koszu – głównie na pozycji centra i kołowego; dzięki długim nogom i niezłej wytrzymałości mogłem ścigać się ze wszystkimi w szkole i poza nią; w siatkę też szło mi co najmniej poprawnie. Tylko jedna piłka – piłka do nogi – nie chciała się mnie słuchać, odskakiwała od buta i leciała, gdzie ją łaty poniosły. Było w tym coś cholernie irytującego – i dlatego nie poddawałem się, mozolnie szlifując kunszt piłkarski z futbolówką u stóp. Nawet, jeśli innym mogło to przypominać raczej struganie drewna tępym nożykiem. Jak się później okazało, była to miłość z rodzaju tych „przez ciernie do gwiazd” i wtedy – a było to niemal trzy lata temu – spędzałem czas na boisku tylko przez wzgląd na urażoną ambicję i dumę. W klasie, wśród chłopaków, byłem jednym z liderów, a wystarczyło tylko byśmy na wf-ie zagrali w piłkę nożną i z wybierającego natychmiast stawałem się wybieranym. Kimś gorszym.
Jeżeli tego nie rozumiecie, prawdopodobnie nigdy nie byliście dorastającym nastolatkiem.
Nauka szła mi topornie, ale miałem cel, jasny i sprecyzowany – wiedziałem, że muszę być równie dobry, co inni chłopacy, grający – czy może raczej popisujący się – w ciepłe dni na szkolnym boisku. Mimo to, przez długi, cholernie długi czas byłem po prostu kiepski. Słaby.
Tak więc możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy pewnego wrześniowego wieczora roku dwa tysiące ósmego do drzwi mojego domu zapukali Szymon zwany Fukim i Michał zwany Michasiem.
Co?
Ach… tak, oczywiście. Przecież Wy, moi wyimaginowani czytelnicy, dla których zacząłem pisać te słowa siedząc wieczorem na werandzie domku letniskowego w Ustroniu Morskim, nie macie pojęcia, a wręcz nie możecie wiedzieć, kim byli Michał i Szymon, a także dlaczego ich przyjście było tak niezwykłe. Śpieszę z wyjaśnieniami: otóż w naszej szkole, jeszcze w podstawówce, była stała paczka, która zazwyczaj jeździła na praktycznie wszystkie zawody sportowe. Podobna grupa dzieliła między siebie konkursy naukowe – od matematycznych, po językowe, a na przyrodniczych kończąc – i plastyczne. Było to całkiem naturalne – w końcu podstawówka lęgowisko takich średnich jak 5.7 czy nawet 6.0; szczególnie wśród dziewczyn. Wtedy można było jeszcze być dobrym we wszystkim… wtedy.
W każdym razie, Michał i Szymon należeli niegdyś do właśnie takiej paczki: Szymon jeździł na wszystkie zawody prócz biegów, a Michał wyspecjalizował się w piłce nożnej, na trawie i hali. Znaliśmy się dosyć dobrze; spotkaliśmy się jeszcze w przedszkolu, a w podstawówce spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, nawet pomimo tego, że byliśmy w innych klasach. Rozdzieliło nas dopiero gimnazjum – prawdę mówiąc, gimnazjum rozdzieliło mnie od większości moich kolegów. Tylko dwaj chłopacy, ja i pewien mały okularnik imieniem Dawid, poszli do szkoły innej niż najpopularniejsza w mieście „dwójka”.
Cóż, skoro już wiecie, kim byli moi goście, należałoby zatem wyjaśnić, dlaczego ich wizyta była taka… no, może nie niezwykła, ale na pewno niespodziewana. Chociaż dopóki nie przeszli do sedna sprawy, nic na to nie wskazywało.
Jak już pisałem, był to ciepły, wrześniowy wieczór; lato trwało w najlepsze, nie mając najmniejszego zamiaru oddawać pola nieubłaganej dotychczas jesieni. Wakacje skończyły się już jakiś czas temu, zaś szkoła, zbrodnicza maszyna, wyniszczająca zarówno uczniów jak i nauczycieli, miała się rozkręcić na dobre dopiero w okolicach października. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju okres przejściowy – po dwóch miesiącach wolności, dwóch miesiącach lenistwa powoli przyzwyczajaliśmy się do niewoli, która miała być naszą codziennością przez najbliższy rok.
Tak czy owak, gdy tego późnego wrześniowego popołudnia otworzyłem drzwi frontowe i przed domem ujrzałem Michała i Szymona, opartych o drewniane belki podtrzymujące daszek ganku, nie byłem zdziwiony. Nie aż tak.
– Cześć – przywitałem się, a oni odpowiedzieli mi tym samym.
Michał by szczupłym, niskim jegomościem; zawsze nosił markowe ciuchy, pił z markowego kubka i kopał markową piłkę. Nawet swoje śmierdzące potem i powalane błotem getry (markowe, a jakże) nosił w wielkiej czerwonej torbie ze znaczkiem Adidasa. Z kolei Szymon stanowił jego - jeśli nie kompletne, to bardzo odległe – przeciwieństwo. Był wysoki i postawnej budowy ciała. Zazwyczaj wyglądał, jakby ubierał się w ubrania wyciągnięte z szafy na chybił trafił. W uszach miał słuchawki od empetrójki, które skutecznie odcinały go od odgłosów dochodzących z prawdziwego świata. Całokształt tworzył image osoby, którą gówno obchodzą inni – i Szymon rzeczywiście taki był. Wszystko mu zwisało… chyba, że akurat chodziło o niego.
– Mamy sprawę – zaczął po chwili Michał, spoglądając ukradkiem na Szymon i przebierając nieśmiało nogami. Po tym dniu był u mnie jeszcze kilka razy i zawsze zachowywał się tak samo. Niepewnie. – Wiesz, byliśmy właśnie w okolicy i pomyśleliśmy o tobie. W końcu szukamy chętnych…
– Chętnych?
Odpowiedział mi Fuki, który nie patrzył się na Michała ani nawet na mnie, a zamiast tego uśmiechał się lekko pod nosem. Jak zwykle. Przez wiele dni zastanawiałem się, co może oznaczać ten uśmiech; w końcu po wielu treningach, które razem przepracowaliśmy, doszedłem do wniosku, że był to wyraz pogardy.
– Niedługo zaczyna się nowy sezon na Sparcie – rzekł krótko. Ach, ten Szymon. Zawsze lubił walić prosto z mostu. – Dużo trampkarzy przeszło w tym roku do juniorów lub po prostu przestało grać. Jest nas za mało. Nie ma kto grać.
– Krótko mówiąc – wtrącił Michał tronem sygnalizującym, że zaraz powie coś śmiesznego, a my mamy się śmiać – potrzebujemy świeżego mięska. Czyli ciebie.
Zastanawiałem się przez chwilę w milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć. Sparta?... Sparta Dębice? Ja miałbym regularnie trenować i grać w piłkę w klubie? W lidze?... Tak… oficjalnie?
Zaczynałem wtedy drugą klasę gimnazjum i moje ambicje, by zostać najlepszym w grupie już dawno stały się nieaktualne. Rocznik ’94, do którego się zaliczałem, okazał się zadziwiająco dobry pod względem naukowym – drugie miejsce w szkole nie było w końcu przypadkiem – lecz żenująco słaby pod względem sportowym i w rezultacie wśród chłopaków były tylko dwie osoby, z którymi można było pograć bez wstydu. Częściej więc niż na boisku piłkę kopałem na okolicznych podwórkach.
Ale Sparta… Sparta to było co innego. Chodziło przecież o klub piłkarski – regionalny, bo regionalny, w dodatku grający w A klasie, ale zawsze. W moim – nieco wówczas naiwnym – postrzeganiu świata było to coś o wiele większego, o wiele poważniejszego niż gra na placu obok domu w zużytych trampkach na nogach. Cholera, nazwijcie mnie dziwakiem, ale dla mnie była to pewna nobilitacja.
Wróćmy jednak do rozmowy, która przed rokiem toczyła się na ganku u drzwi do mojego domu.
– Ja miałbym grać? – zapytałem z niedowierzaniem. – Na Sparcie?
– Wiesz – przerwał mi Michał i nerwowo przestąpił z nogi na nogę. – W podstawówce jeździłeś na prawie wszystkie zawody. Te w nogę też…
Nie wspomniał oczywiście, że przeważnie w roli zapchajdziury. Przyszło mu to chyba jednak na myśl, bo po tych słowach uśmiechnął się z zakłopotaniem. Prawdziwy dyplomata.
– Pomyśleliśmy – kontynuował dzielnie – że byłbyś zainteresowany dołączeniem do drużyny. Mamy kilka braków; szczerze mówiąc, nawet więcej niż kilka. Po czystkach zostało nas z siedem osób – mniej niż potrzeba, żeby skompletować skład. W dodatku niedawno odszedł Laki i trenować nas będzie ktoś nowy. Nawet jeśli weźmiemy sobie kilku najlepszych z młodzików, może się okazać, że to będzie za mało. A poza tym Kusy mówił, że kiedyś sam chciałeś się zapisać, ale coś ci wypadło.
Kusy był moim przyjacielem, który na Spartę zaczął chodzi niecały rok wcześniej. Kiedyś, może kilka miesięcy temu, rzeczywiście próbował mnie namówić, bym przyszedł na trening Sparty. Wtedy stchórzyłem, sądząc, że jestem jeszcze za słaby, i zbyłem go jakimś tanim tekstem.
– Więc?... – nie rezygnował Michał.
Zastanawiałem się tylko przez chwilę. To był impuls – podobny do tego, który wczoraj w kiosku nakazał mi kupić zielony zeszyt w linie i zacząć pisać te słowa.
– Jasne, że chcę się zapisać.
– Super – powiedział nieoczekiwanie Szymon, drugi raz wykazując zainteresowanie całą rozmową. – Masz tu kartkę, musisz na nią wpisać swoje imię, nazwisko, datę urodzenia i takie tam. Poza tym potrzebne są podpisy starych. No i twoje zdjęcie. Masz jakieś w miarę nowe zdjęcie, nie?
Wycofałem się do środka – pamiętajcie, rozmowa toczyła się na dworze – wyrwałem fotografię ze starej legitymacji z podstawówki i poprosiłem mamę o podpis. Zgodziła się, wróciłem więc szybko.
– Mam – wydyszałem, hamując podniecenie. – Trzymaj.
Pożegnaliśmy się i odeszli; stałem jeszcze przez chwilę na ganku i w zamyśleniu przyglądałem się trzem stojącym na podwórzu topolom i tańczącym na wietrze liściom; kilka dni później ścieli te topole (podobno ze względów bezpieczeństwa), ale ja nigdy nie przyzwyczaiłem się do ich braku.
Tak oto, wśród nocy i szelestu gałązek, Załęcza się moja przygoda. Moja - a także Fukiego, Michała, Kusego, Romana, Władki i wszystkich, którzy przewinęli się przez naszą drużynę w ciągu tego roku.
***
Jak już wspomniałem, piszę te słowa, będąc na wczasach w uroczej nadmorskiej miejscowości o nazwie Ustronie Morskie; w międzyczasie wieczór zdążył przemienić się w dzień, a z osłonionej drewnianym płotkiem werandy przeniosłem się na stojący wewnątrz domku stół.
Mieszkam – a raczej mieszkamy; w końcu przyjechałem tutaj z rodziną – w naprawdę ładnym ośrodku. Na tabliczce widnieje informacja, że nazywa się „Piekło” – osobiście proponowałbym określenie „Biegun Południowy”, bo dni, podczas których świeci słońce, zdarzają się naprawdę rzadko. Czasami, kiedy znowu pada rzęsisty deszcz, a niebo przysłaniają chmury, żartujemy, że jak tak dalej pójdzie to „Piekło” będzie miało wreszcie okazję zamarznąć. Cholera, niech mnie piorun strzeli, jeśli ktokolwiek szczerze śmieje się z tego dowcipu.
Swoją drogą, jeśli do tej pory zastanawialiście się, dlaczego wziąłem się za spisywanie wspomnień podczas wakacji, to teraz chyba macie odpowiedź. Wolę to niż siedzenie na kanapie i oglądanie niemieckiego Eurosportu; nawet, jeśli dziadek, niezrażony śpiewną mową Goethego woła, byśmy wspólnie oglądnęli kolejny etap Tour de France.
Przed chwilą grałem z chłopakami w piłkę, korzystając z tych nielicznych chwil dobrej pogody; paruje ze mnie, jakbym się prażył na patelni, a kropelki potu od czasu do czasu spadają na papier, rozmazując słowa. Graliśmy dobrych kilka godzin, od piątej do ósmej, i muszę przyznać, że mają tu naprawdę fajne boisko. W swoim życiu bywałem w wielu ośrodkach i schroniskach wczasowych – w końcu jeżdżę nad morze rok w rok odkąd skończyłem cztery lata – ale nigdzie nie widziałem podobnego: jest dosyć długie i całkiem szerokie, a pomalowane na zielono bramki zrobiono z metalu i zawieszono na nich mocne, czerwone siatki; w trosce o Bogu ducha winnych wczasowiczów (a także grających, którzy musieliby oczywiście zapłacić za wyrządzone szkody) cały teren otoczono drucianą siatką, odgradzając go tym samym od reszty domków.
Wypas.
W Dębicach – wiecie, moim rodzinnym mieście – było mało boisk. Każda szkoła (a było ich cztery: dwójka, trójka, piątka i liceum) miała jedno, natomiast dwa kolejne należały do Sparty. Poza tym istniało również wiele boisk „dzikich”, improwizowanych – graliśmy na podwórkach, działkach, placach, uliczkach i korytarzach; oczywiście, nigdy nie mogło się obyć bez ochrzanu ze strony oburzonych sąsiadów, ale - szczerze mówiąc - kto się nimi w ogóle przejmował?
Moim ulubionym boiskiem dzikim było zawsze „tepe” – czyli mały, betonowy plac obok opuszczonego budynku, w którym niegdyś mieścił się lokalny oddział Telekomunikacji Polskiej. Chodziłem tam, bo stało w odległości zaledwie kilkunastu metrów od mojego domu; poza tym przychodzili tam wszyscy moi koledzy z okolicy, a w dodatku właściciele otoczyli boisko żelaznymi kratami, dzięki którym piłka nie wypadała zbyt często na ulicę. Drzwi do budynku podłączono pod alarm i była to jedyna wada tepe – ilekroć ktoś walnął piłką w pomalowaną na biało blachę, którą pracownicy opuszczali po skończeniu roboty, zazwyczaj około godziny osiemnastej, tylekroć rozlegał się przeraźliwy, powtarzający się co kilka sekund pisk. Pulsował w powietrzu przez kilka minut, burząc spokój całej okolicy, aż wreszcie ustawał, gdy jakaś życzliwa duszyczka w centrali decydowała się go wyłączyć. Czasami na miejsce przyjeżdżali ochroniarze i sprawdzali, czy wszystko w porządku, a raz ktoś – jak się później dowiedziałem, pewien życzliwy sąsiad – nasłał na nas nawet policję.
Powiedzcie, jak tu nie kochać takiego miejsca?
W każdym razie, na tepe grałem przeważnie z moim najlepszym przyjacielem, wspomnianym już wcześniej Kusym. Naprawdę miał na imię Robert (przez co niektórzy wołali na niego Robek) i mieszkał ulicę dalej, na Bednarskiej; znaliśmy się… od zawsze. Nasze mamy były przyjaciółkami ze szkoły, a kiedy były w ciąży, leżały obok siebie na porodówce w jednym szpitalu. Chodziliśmy do tego samego żłobka, do tego samego przedszkola i zerówki; w podstawówce sześć lat spędziliśmy w jednej klasie. Rozdzieliło nas dopiero gimnazjum – Kusy wybrał oczywiście dwójkę, a ja zespół szkół ogólnokształcących przy liceum.
Ale przyjaźń przetrwała.
Dwa dni po wieczornej rozmowie z Michałem i Fukim zadzwoniłem po Kusego, a kilka minut po trzeciej obaj graliśmy w piłkę na tepe. I rozmawialiśmy.
– Czekaj – rzekł teatralnie Kusy, marszcząc brwi i udając ogromne skupienie – niech zrozumiem. Przyszli do ciebie mały Michaś i duży Fuki – zapewne zaraz po północy, jak dyrektorzy generalni w NBA, kiedy bardzo chcą podpisać z graczem kontrakt – i poprosili cię o grę na Sparcie? A ty się oczywiście zgodziłeś?
– Coś w tym stylu.
Kusy wziął zamach, kopnął piłkę i trafił w poprzeczkę bramki. Z tymi bramkami wiązała się ciekawa historia; opowiem wam ją kiedy indziej.
– Jak ja cię prosiłem, to odmówiłeś – stwierdził sucho. – Czy brakuje mi czegoś, co mieli Michał i Szymon? A jeśli tak, to czego? Mam przecież wszystko, co potrzebne: klasę… styl… powab… Pełna, kurde, kultura, ale tobie jak zwykle coś nie pasowało.
– Niczego ci nie brakuje. No, może prócz cycków – parsknąłem śmiechem. – To było po prostu co innego. Zmiękczyli mnie gadką, że im ludzi brakuje… no i przynieśli wszystko, co trzeba, nie musiałem się nawet ruszać z domu.
Kusy zrobił kwaśną minę.
– Leniuszek się znalazł – mruknął. – Michu, sir, czy życzy pan sobie śniadanie do łóżka wraz z cholernym kontraktem i długopisem do podpisania?
– Nie trzeba. Długopis trzymam pod łóżkiem, na wszelki wypadek.
Przez chwilę graliśmy w milczeniu.
– Cholera! – wrzasnąłem wściekle, kiedy piłka, miast wlecieć do bramki, wypadła na aut bramkowy, daleko od stojącego w pogotowiu Kusego. – Wiesz, kiedy są treningi?
– Owszem, wiem. – Kusy pobiegł po futbolówkę. – W poniedziałki, środy i piątki. Zawsze o szesnastej. – Kopnął piłkę o kraty tak, że odbiła się od nich i zleciała wprost do mnie. – Masz już korki? Getry i takie tam?
– Mam.
Korki – skórzane adidasy, czarno-białe, z wkrętami – wybrałem poprzedniego dnia. dopiero później, na pierwszym treningu, okazało się, jaki błąd popełniłem, kupując „na wygląd”, bez wcześniejszego rozeznania; otóż metalowe wkręty, a takie oczywiście miałem, były zabronione w rozgrywkach trampkarzy. Musiałem szybko załatwić sobie plastikowe – w końcu kupno nowych butów nie wchodziło w grę. Obszukałem dwa sklepy sportowe w Dębicach, a także wszystkie w okolicznych miejscowościach, byłem nawet we Wroclawiu; na próżno. Plastikowe wkręty wybyły. Dopiero na dwa dni przed meczem zdołałem kupić tuzin na Allegro.
Kusy ustawił sobie piłkę kilka metrów od bramki, ale na chwilę przed złożeniem się do strzału, spojrzał odruchowo na ulicę i nieoczekiwanie zmienił zdanie.
– Pawura idzie! – krzyknął zduszonym głosem, biorąc piłkę pod pachę – Spadamy, Michu!... Spadamy!
Ale było już za późno; Pawura wszedł na ulicę i zauważył nas.
– Oho! – Jego twarz rozjaśnił uśmiech. – Kogo ja tu widzę?
Pawura nie był dresem, o nie… a w każdym razie nie był dresem stereotypowym. Nie ubierał się w wielkie, workowate spodnie i bluzy, nie był ogolony na łyso i nie woził się po dzielni z panienką, która wyglądała na wyjętą z odzysku. Ale kiedy go widziałeś, czułeś, że lepiej z nim nie zadzierać, chyba że chcesz dostać przysłowiowy wpierdol; wrażenie to pogłębiało się za każdym razem, gdy otwierał usta, dumnie prezentując niepełne uzębienie. Był dzieckiem ulicy… od stóp do głów, w każdym calu.
– Robek! – zawołał, przechodząc przez otwartą na oścież bramę. – Kopę lat! Dalej uczysz się grać w piłkę tymi swoimi krzywymi nogami?
Przestaliśmy uciekać; to by tylko pogorszyło sprawę.
– No… jakoś tak wyszło… – Kusy nie palił się do odpowiedzi. – A u ciebie… jak tam?... Rodzinka zdrowa?... ten... piesek zdrowy?...
– Nie mam psa. – Szeroki uśmiech nie schodził z twarzy Pawury.
– To może… kotek?
– Miałem, ale zdechł.
– Przykro mi.
– Mały, leniwy skurw****. Nie ma co płakać, Robuś. Nawet aportować nie potrafił.
Stałem w miejscu, bez słowa czekając na dalszy rozwój wypadków. Nie mieszałem się, a Pawura zdawał się mnie nie zauważać; wiedziałem, że wszystko rozstrzygnie się między nim a Kusym.
Chyba nadszedł czas, by wspomnieć, że Kusy był na swój sposób… dziwny. Cholera, istnieje z tysiąc bardziej odpowiednich słów – takich jak zboczeniec, głupek, ryzykant, erotoman, wieczny chłopiec, żartowniś, czy po prostu frajer – ale dla mnie Kusy zawsze był i na wieki pozostanie dziwakiem. Jego żarty – a żartował ze wszystkiego, często gęsto zbaczając na temat seksu – styl bycia, wieczna upierdliwość, nawet sposób poruszania się… Nie wszystkim to odpowiadało.
– Dawaj piłę Robek i pokaż, czego się ostatnio, kur**, nauczyłeś! Ja stanę na bramce.
Byli tacy, których Kusy musiał unikać, by nie skończyło się na dostaniu w mordę i porachowaniu kilku kości; innym wystarczał pobłażliwy uśmiech lub zdegustowaną mina. Czasami go ignorowano, w nadziei, że w końcu się zamknie. Bezskutecznie.
– O ja Pier****, Robuś, co to było? Miałeś strzelić gola, czyli trafić w bramkę! W bramkę, Robuś. Nie w transformator.
Z tego, co się orientowałem (Kusy nigdy nie rozmawiał ze mną o swoich problemach), Pawura stał mniej więcej po środku. Oczywiście – kiedy się znudził, mógł bez wysiłku pobić Kusego – ale przeważnie zadowalał się cyrkami, które ten dla niego odstawiał. Czasami nawet bywał pobłażliwy i chciało mi się śmiać, kiedy poważnym, ojcowskim tonem wykładał Kusemu swoją filozofię życiową:
– Wpier**** albo śmierć, Robek – powtarzał. – Wpier*** albo śmierć.
Nie mogę jednak powiedzieć, żeby Kusy kiedykolwiek był zadowolony z tej znajomości.
– Kurna, Robek, co ty odpierd*****? Ja cię tu uczę, czas tracę, a ty znowu nie trafiłeś! Ten twój koleżka by chyba lepiej strzelił! Robek, kurna, mówię ci, weź się w garść, bo jak znowu piłka poleci w krzaki, to masz wpier***.
Kusy zgarbił się w sobie, zaczął wyłamywać palce.
– Staram się – wymamrotał. – Staram się, ale mi nie wychodzi.
Potem, długo potem, miałem okazję się przekonać, że Kusemu rzadko co wychodziło, kiedy ktoś na niego naciskał; był mało odporny na presję i nie wyobrażałem go sobie strzelającego karnego przy pełnych trybunach i wyniku 1:1 w dziewięćdziesiątej minucie.
– Mniej gadania – zanucił wesoło Pawura – więcej kopania.
Tego dnia miał humor. A my szczęście.
Kusy strzelił. I potknął się. Piłka wylądowała na sąsiednim podwórku.
– Oj, Robek, Robek – powiedział łagodnie Pawura, a następnie podszedł do niego i sprzedał „plaskacza” w szyję. Zapiekło. – No co marudzisz? Zapier****** po piłkę. Muszę cię jeszcze wiele nauczyć.
***
Następnego dnia poszedłem z Kusym na trening. Było w pół do czwartej.
Kiedy minęliśmy niski mur, oddzielający stadion od ulicy Podmiejskiej, naszym oczom ukazał się budynek klubowy. Nie był imponujący; pokrywające ściany niebiesko - białe farby odchodziły w wielu miejscach, a herb i złoty napis „Sparta Dębice 1946-1996. Pięćdziesięciolecie klubu” wyblakły tak, że ktoś, kogo wcześniej w tym miejscu nie było, mógłby je z łatwością przegapić. Obok bramy wjazdowej stały dwie ławki, przy których spotykała się i rozmawiała większość okolicznych żuli. Po lewej było widać skrawek boiska.
Ruszyliśmy z Kusym do przodu. „Przedsionek” stadionu był pusty, ale w okolicy było słychać głosy kilku rozmawiających ze sobą osób.
Przed wejściem do szatni stali Michał i chłopak, na którego widok otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Nazywał się Piotrek Trokiewicz i jak nietrudno się domyślić, wołaliśmy na niego Troku. Znaliśmy się jeszcze z podstawówki, gdzie był bramkarzem w szkolnej drużynie piłki ręcznej; nie wiedziałem jednak, że potrafi również grać w nogę. Był niski i chudy, ale w trakcie sezonu okazało się, że dysponuje pewnym chwytem; powszechnie mówiło się o nim, że jest solidny, ale nic ponadto – że brak mu „tego czegoś”, iskry Bożej, która pozwoliłaby mu na dokonywanie cudów w bramce. Co miał wybronić, bronił. Co wpuścić – wpuszczał.
Nie mieliśmy jednak prawa narzekać. Troku był naszym jedynym bramkarzem aż do końca rundy jesiennej.
W mojej opinii – i nie tylko mojej – bramkarz jest najtrudniejszą i najbardziej odpowiedzialną pozycją na boisku. Przez cały mecz może spisywać się świetnie, lecz wystarczy jeden błąd, by winę za porażkę można zwalić na niego. Cholerna niesprawiedliwość.
Niemal wszyscy bramkarze, których znałem, zaczynali swoją karierę między słupkami z jednego powodu – byli zbyt słabi, by grać w polu; przynajmniej na początku. Myślicie, że ze mną było inaczej? Stawia się takich chłopaków – zazwyczaj najmłodszych w grupie – na bramkę, każe im bronić, a oni z każdą zatrzymaną piłką i każdą udaną paradą stają się lepsi i w końcu akceptują swoje miejsce w szeregu. Tak właśnie działa życie – tu nie ma miejsca na coś takiego, jak „dawanie szansy”. Oto dobór naturalny w całej swej cholernej krasie, ziom.
Ziom…
Wróćmy do treningu zanim palnę coś głupszego.
Po kilku słowach przywitania całą czwórką weszliśmy do szatni – nic specjalnego, stół, wieszaki, dwa prysznice, kilkanaście rozkładanych krzeseł na krzyż – i rozmawialiśmy przez jakiś czas, czekając na resztę drużyny. Ocenialiśmy letnie transfery Barcelony, gadaliśmy o szansach Manchesteru na obronę tytułu i ponowne zdobycie Ligi Mistrzów, o tym, czy Ronaldo przeniesie się w następnym okienku do Realu Madryt i czy Ronaldinho może odbudować w Milanie wielką formę z poprzednich lat, aż wreszcie po kilku minutach na stadionie zjawili się Szymon (oczywiście ze słuchawkami od empetrójki w uszach) wraz ze swoim bratem Pawłem „Szafą” Glińskim i ich kolegą ze szkoły – Dawidem „Władką” Jaroszkiewiczem.
Czasami zastanawiam się, skąd ludzie czerpią pomysły na tak idiotyczne pseudonimy.
Paweł grał na środku obrony; był rok młodszy od nas, średniego wzrostu i postawy. Co gorsze, miał sporą nadwagę (rozumiecie już, dlaczego ochrzczono go „Szafą”?) i przez długi czas, gdy graliśmy ze sobą, zastanawiałem się, jakim cudem jeszcze chce mu się biegać. Braki nadrabiał jednak determinacją, charyzmą i umiejętnością dobrego ustawiania się – nie wiem, jak to robił, ale zawsze znajdował się w odpowiednim miejscu, by przeciąć podanie, zablokować strzał lub wygrać ważny pojedynek główkowy. Dysponował swego rodzaju szóstym zmysłem – i to dzięki niemu był naturalnym liderem naszej defensywy.
Dawid Jaroszkiewicz był kompletnym przeciwieństwem Szafy – dzięki czemu stanowił dla niego idealne uzupełnienie jako drugi środkowy obrońca. Wysoki i szybki, był raczej typem pracusia, który zamiast uniemożliwić przeciwnikowi podanie, wolał zmierzyć się z nim w pojedynku biegowym. Jak już wspomniałem, przeważnie przezywaliśmy go „Władka” – a to dlatego, że nikt nie potrafił lepiej od niego naśladować dębickich pijaków i żebraków, przy czym specjalizował się właśnie w przedrzeźnianiu Władki, bezdomnej kobiety po pięćdziesiątce, która większość dni spędzała w miejskim parku na opijaniu swojego zmarnowanego życia.
– Co się gapisz, gnoju?! – krzyczała wtedy ochrypłym głosem, udając, że grzebie w śmietniku. – Spierd**** stąd, bo ci nogi z dupy powyrywam!
Wesołe przezwisko, nie ma co.
Szymon, Szafa i Władka weszli do szatni, przybili nam piątki i zajęli swoje ulubione miejsca – Szymon dwa krzesła na lewo ode mnie, a Paweł i Dawid naprzeciwko okna wychodzącego na boisko.
– No to jak? – zagadnął Michał. – Gotowi do treningu?
Pierwszy odpowiedział Szymon.
– Trochę – mruknął, wyciągając z ucha jedną słuchawkę. – Z jednej strony chce mi się grać, a z drugiej mógłbym jeszcze posiedzieć w domu i pograć w Metina. Grubas mnie namówił. – Podniósł z ziemi papierek i rzucił nim w brata, trafiając prosto w czoło. Szafa wywalił śmieć za okno.
– A mi się chce grać. Jak cholera. – Michał zaczął wyłamywać palce. – Nie mogę się już doczekać ligi.
– Aaa, szyyyybki! – krzyknął nagle Kusy i kilka razy pomachał palcem przed jego nosem. – Tak ci się spieszy?
Wszyscy umilkli; na twarzy Michała było jednak widać cień uśmiechu.
– Boże, Kusy, może zamiast odzywania się, spróbujesz przebiec się dziesięć razy dookoła boiska? – Szymon przewrócił oczami i ponownie sięgnął po słuchawkę. – Wtedy przynajmniej nie będziemy musieli cię słuchać.
– Właśnie – zgodził się natychmiast Michał. Już bez uśmieszku. – Zastanawiam się czasami, Kusy, czy ty od zawsze jesteś taki powalony, czy to tylko przebywanie z nami tak na ciebie działa.
Kusy mruknął coś niewyraźnie i by ukryć zakłopotanie, zaczął oglądać schowane w plecaku korki.
Chwilę potem przyszli następni – Krzysiek Roman (niezbyt fortunne nazwisko, co?), który miał piętnaście lat, ale ciągle chodził do pierwszej klasy gimnazjum, a wyglądał na ucznia podstawówki; trzech dawnych młodzików: Alan Szewczyk, najbardziej leniwy piłkarz, jakiego kiedykolwiek widziałem, Damian Wieczorek, blondwłosa wersja Cristiano Ronaldo (nie pod względem sportowym, oczywiście) i Arek Majewski, który z kolei okazał się dębickim Ronaldinho; na rowerze przyjechał Marcin Byczkowski z pobliskiego Osinówka, gdzie był powszechnie nazywany Byczkiem. A kiedy wydawało się, że są już wszyscy, do szatni wpadł ktoś jeszcze.
Rębecki.
Pamiętacie, co mówiłem wam o Pawurze, prawda? W sumie teraz, kiedy przyszło mi opisać Rębeckiego, mógłbym napisać to samo – że byle co wystarczyło, by zaczął się rzucać i wrzeszczeć „choć na solówę”, że nawet nie starał się być normalnym chłopakiem… że był „dzieckiem ulicy” (które to określenie, gdy teraz je czytam, wywołuje na mojej twarzy lekki uśmiech). Tyle, że gdy określałem tak Pawurę, była to próba opisania dwuznacznego uczucia szacunku, które mu towarzyszyło – z jednej strony wiedziałeś, że nikt mu nie podskoczy, a z drugiej: że w okolicy nie ma większego skur****** od niego – a gdy piszę tak o Rębeckim… cóż… słowo „ironia” wydaje mi się najodpowiedniejsze. Rębecki chciał uchodzić za groźnego i nieprzewidywalnego; marzyło mu się bycie kozakiem, który wszystkim imponuje.
A że mu nie wychodziło, to już inna sprawa.
Wyobraźcie to sobie: do szatni wchodzi Rębecki. I to nie byle jak wchodzi, ale powoli, luzackim krokiem, jakby był nie zwykłym chłopakiem, ale szeryfem, który właśnie wpada do swojego saloonu. Niedbałym ruchem otwiera dwustronne drzwiczki; nie reaguje na dźwięk skrzypienia, jaki wydają, a zamiast tego kopie barmana w dupę i przekrzykując odgłos stukających ostróg, radzi mu, żeby wreszcie naoliwił to cholerstwo, bo inaczej on, Rębecki, się z nim policzy, a wtedy nie będzie mu już tak wesoło; wreszcie spogląda na resztę drużyny, która nic sobie nie robi z tego widowiska, i wszystko kwituje dosadnym, ale jakże refleksyjnym „o ku***”.
No cóż, każdy ma takiego Rębeckiego, na jakiego zasłużył.
– Michu, ty tutaj? – Szeryf wygodnie rozłożył się na stoliku i zrobił zdziwioną minę. – Myślałem, że masz dość sportu, odkąd nakopałem ci w dupę na wszystkich szkolnych zawodach.
I wybuchnął śmiechem. Zawtórował mu jedynie Michał, który przez chwilę chichotał cicho, ale gdy zobaczył, że wszyscy inni siedzą cicho, natychmiast zamilkł.
– Czekaj – zapytałem, nie chcąc pozostać mu dłużnym – czy to przypadkiem nie ciebie wuefista wywalił z prawie wszystkich turniejów w piłkę ręczną, bo byłeś… hm, czekaj, jak to on określił… bo byłeś niegrzeczny?
– Wolę to od podlizywania się tym frajerom, żeby mieć średnią 5.6 na koniec roku. Dziwka z ciebie, wiesz, Michu?
– Może i dziwka, ale to nie ja błagałem nauczycieli, żeby pozwolili mi przejść do szóstej klasy z moim mizernym 2.6 i pałą z polskiego… kthxbai, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
Tych kilka osób, które zrozumiało, co powiedziałem, zaśmiało się szczerze; reszcie do brechtania wystarczyło, że inni się śmiali. Tylko Szymon siedział cicho i słuchał muzyki, ostentacyjnie nie zwracając uwagi na całą rozmowę. Rębecki przesiadł się ze stolika na mieszczące się w drugim końcu szatni krzesło, mruknął „nieważne” i zaczął się przebierać.
Cóż, dyskusja może i była niewybredna, ale to właśnie prymitywizm był tym, co pozwalało na przetrwanie w tym bagnie. If you can’t beat them – mówi mądre przysłowie – join them.
Chwilę potem do szatni weszły dwie następne – i jak się okazało, ostatnie – osoby. Trener i… hm… drugi trener. Pierwszy wysoki, drugi o głowę niższy. Obaj z żelem na włosach. Damn.
– Ci, którzy grali tutaj w poprzednim roku, powinni nas znać – powiedział ten wyższy, kiedy wszyscy się już przywitali. – Tym, którzy są nowi, wyjaśnię, że ja nazywam się Daniel Kucharski, a to – wskazał na kolegę – jest Radek Mazurek. Gramy w seniorach, trzasnęliśmy sobie po dwa kursy i od dzisiaj będziemy was trenować. Widzę, że jest nas trochę, więc nie powinniśmy się nudzić. A teraz przebierać się i na boisko!
Przebraliśmy się i pobiegliśmy.
Żel na włosach… Damn.
Ja to widzę tak : wychodzisz na boisko i kiwasz filary drużyny z palcem w ... nosie . Na meczu ligowym pojawiają się scouci lokalnej 2-ligowej drużyny i zostajesz zaproszony na testy do 'trampków' . :d Tal zaczyna się wielka kariera :p za 10 lat będziesz w fm'ie ? ; oo
Mały, leniwy skurw****. Nie ma co płakać, Robuś. Nawet aportować nie potrafił.
Oki Oki . Kiedy następna część ? Ja to widzę tak : wychodzisz na boisko i kiwasz filary drużyny z palcem w ... nosie . Na meczu ligowym pojawiają się scouci lokalnej 2-ligowej drużyny i zostajesz zaproszony na testy do 'trampków' . :d Tal zaczyna się wielka kariera :p za 10 lat będziesz w fm'ie ? ; oo