Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Pantarei (cz.1)

Część I – Szaleństwo zaczyna się tutaj.
The Last Doors

Drzwi pulsowały ciemną, połyskliwą poświatą. Strange przyglądał się im z ciekawością. Przechodził przez nie codziennie – w końcu należało to do jego obowiązków – ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby wyglądały tak... niezdrowo. Kilka razy wyleciały z zawiasów przez ostrzejsze napinki w innych skrzydłach gmachu, ale poza tym granice były spokojne. Aż do dzisiaj, do chwili, kiedy Strange akurat musiał załatwić pewną ważną sprawę.
Murphy byłby dumny.

Pokonując niepewność, wyciągnął rękę i spróbował wymacać klamkę. Czuł się jak nastolatek wracający do domu po swojej pierwszej nocnej imprezie – odrobinę zmieszany i niepewny, czy spacerując po ciemku, zamiast na łóżko, nie trafi przypadkiem na schody. Jego dłoń zanurzyła się w czarnej poświacie i zniknęła na chwilę. Natrafiła jedynie na pustkę, zimną i nieprzyjemnie łaskoczącą.

Strange rozejrzał się po korytarzu z nadzieją. Nic z tego. Musiał zgłosić sprawę wyżej.

***

Uaktualnienie 9.3.0…
Anglia, Czechy, Francja, Niemcy, Włochy, Holandia, Polska, Portugalia, Hiszpania, Szwecja…
Ładowanie… trwające wieczność i jeszcze trochę… jeszcze trochę… i trochę… Nareszcie!

Już miałem zaczynać, kiedy rytuał przerwał Dr.Strange, wbiegając do mojego pokoju, trzaskając drzwiami i machając nieskładnie rękami. Nie byłem pewny, czy dokładnie w tej kolejności.
– Coś dziwnego stało się z drzwiami! – wrzasnął podekscytowany – Nie da się przez nie przejść. Ani nic! Nic się nie da.
– Jakimi drzwiami? - Strange machnął ponownie rękami, przy okazji zwalając z biurka kubek z herbatą.
– Do środkowego skrzydła.
– Znaczy do forum? – zapytałem rozdrażniony, podnosząc kubek z podłogi. Gdzie tu jest jakaś ścierka, do cholery?
– Aha. Wiesz, szedłem właśnie, jak co wieczór, na obchód. Patrzę, a tu drzwi czernią się i pulsują! Wkładam rękę – dłoń znika w środku! Sajens fikszyn normalnie.
– Może jesteśmy też bohaterami jakiegoś kiepskiego opowiadania? – zapytałem niewinnie.
– Klamki też nie było. Dom bez klamek! Jesteśmy szaleńcami!
– To teraz powiedz mi coś, o czym nie wiem.
Nieopatrznie postawiłem kubek na klawiaturze. Dokładnie na przycisku „Power”. Cholera, po kilku sekundach ekran monitora zrobił się czarny.
– NIE ‼‼1111oneoneoene! – wrzasnąłem dziko. Nawet jedynki było słychać.

Murphy, serdeczne kij ci w oko.

Na myśl o tym, że znowu będę musiał spędzić kilka godzin na ładowaniu nowej gry w Football Managerze 2009, zacząłem rzewnie płakać.
– Nie martw się – powiedział dobrotliwie Strange – zaraz pójdziemy na piętro i zgłosimy sprawę. Naprawią jeszcze przed kolacją.

***

Nadpokój nadredaktora był miejscem, w którym podejmowano wszystkie najważniejsze decyzje dotyczące Centrum FM. Owalny, duży, przestronny, z widokiem na park i – głównie przez monitory i kamery – nasze pokoje. Tutaj „góra” decydowała również, kto - w nagrodę za dobrą postawę w swoim dziale - dostanie dodatkową porcję pierogów na stołówce.

Kiedy weszliśmy, Dapsz był właśnie w trakcie rozmowy z Josem - grafikiem Centrum. Szeptali coś do siebie, a kiedy nas zobaczyli, nagle umilkli.
– Mów – szepnąłem, szturchając nieśmiało Dr. Strange’a łokciem. W redakcji byłem w końcu tylko „tym nowym”.
– Panie nadredaktorze – zaczął Strange – coś się stało z wyjściem.
– Z wyjściem? – zapytał powoli Dapsz. – Myślałem, że zamurowaliśmy wszystkie wyjścia, odkąd niektórzy użytkownicy próbowali uciec.
Jose zachichotał cicho.

– Zostawiliśmy przejście do środkowego skrzydła, to o nie mi chodzi. O forum – sprostował szybko Strange.
– Teraz drzwi się najwyraźniej obraziły, bo całe się nadęły i nie chcą nikogo przepuścić.
– I pulsują czarną poświatą.
– Nie dubluj wypowiedzi, pauko – przerwał mu znudzony nadredaktor.
– Sorry – Strange podrapał się po głowie – Ciągle zapominam, że tutaj dialogi się nie łączą.

– Swoją drogą – wtrącił się Jose – czy to jest bardziej granatowy czarny, czy może raczej szary czarny? – A kiedy wszyscy zamilkli i popatrzyli się na niego zdziwieni, dodał – Zboczenie zawodowe.

Na chwilę każdy pogrążył się we własnych myślach – nadredaktor wyglądał przez okno, Dr. Strange cicho porównywał dywan z tym, który miał w swoim biurze moderatora, a Jose niedbale wycinał z kartonu podobizny piłkarzy.
– Zalałem sobie klawiaturę – niepewnie poinformowałem stojące przy ścianie krzesło. Tylko ono wydawało się zwracać na mnie uwagę.
– Uwzględnimy to w budżecie na następny kwartał – powiedział po chwili Dapsz. – A teraz chodźmy obejrzeć te drzwi.

Ptaszki ćwierkały sobie radośnie za oknami. Strzeliło ciemne wyładowanie i chwilę po tym wszystkie wylądowały spokojnie na ziemi…
… upieczone.

***

– Dziwne – powiedział spokojnie nadredaktor Dapsz.
Staliśmy całą grupką – po drodze doszedł do nas jeszcze, wracający z „bardzo ważnego spotkania zastępców redaktorów naczelnych”, Ziutek (warto było nadmienić, że spotkanie odbyło się ponad tydzień temu; Ziutek tłumaczył się, że po drodze wstąpił do dawno niewidzianych przyjaciół, co Dapsz skwitował stwierdzeniem, że najwyraźniej musieli to być Sobieski i Pan Tadeusz) – przed owymi tajemniczymi drzwiami. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wyjdzie zza nich Koralina.
– Naprawdę dziwne – powtórzył Dapsz.
Swoją drogą, ciekawym zrządzeniem losu było to, że „dziwne” drzwi znalazł właśnie Strange.
– Jak sądzicie, co to w ogóle jest? – zapytałem.
– Drzwi – odpowiedział Ziutek. – To zdecydowanie są drzwi.
– Tylko kto im to zrobił? – Tym razem odezwał się Strange.
– Ja myślę, że Kerry – odpowiedział bez wahania Jose.

Drzwi z głośnym trzaskiem strzeliły wyładowaniem ciemnej energii. Nie wyglądały na przyjazne. Raczej na głodne i złe. Moja babcia powiedziała kiedyś, żeby nigdy nie wierzyć ciemnym typom. Zastanawiałem się przez chwilę, czy miała na myśli również drzwi i czy przypadkiem nie jest to rasizm.

W tak zwanym międzyczasie na korytarzu pojawił się również zaintrygowany Zenekrolnik.
– Mam plan! – rzekł entuzjastycznie po zapoznaniu się z sytuacją, a następnie ściągnął z głowy słomiany kapelusz i wyjął z niego kartkę i długopis. – Zaatakujemy 4-3-3 z mentalnością 2-6-2 i „pierdolnięciem na Dawidka”. Jak nie zadziała, to wysypujemy zboże na korytarz.

Ściany zaczęły się trząść. Nie z zimna, o nie – bo temperatura skoczyła nagle o kilkanaście stopni. Wiązki ciemnej energii strzeliły jeszcze kilka razy, powodując ogólny chaos. Dapsz spokojnie zapalił papierosa o jedną z nich.
– Niezły zamiennik zapalniczki, ale trzeba coś z tym zrobić – postanowił. – Jeszcze nam spali użytkowników, albo co. Poza tym, to męczące… chodzić za każdym razem na korytarz, gdy chce się zapalić…
Przerwał na chwilę.
– To który idzie po technicznych?

Co jakiś czas na korytarzu pojawiał się jakiś zabłąkany czytelnik, ale kiedy spostrzegał takie nagromadzenie rozochoconych redaktorów, szybko uciekał w obawie przed banem.

***

Programiści, jak powszechnie wiadomo, potrafią przez cały dzień cierpliwie szukać jednej literówki w dziewięciuset linijkach kodu, ale wystarczy im zadać trzy pytania, by całkowicie stracili nad sobą panowanie – „co się stanie, kiedy nacisnę ten przycisk?”, „dlaczego to nie działa?” i „nie podoba mi się, czy nie można by tego programu napisać od nowa?”.
Praca w miejscu takim jak Centrum, dla wielu koderów byłaby spełnieniem najskrytszych marzeń – przede wszystkim dlatego, że nikt się tu na programowaniu ani trochę nie znał i, zamiast zadawać bezsensowne pytania, wszyscy z sześciopakami w rękach dziękowali Bogu, że jest ktoś, kto będzie się opiekować ich grajdołkiem. Tak więc zarówno Wiochi, jak i Defique, czuli, że wreszcie znaleźli się w raju. W zamian za dokręcanie śrubek od czasu do czasu mogli robić właściwie wszystko, co im się żywnie podobało. Nawet jeśli czasami wymagało to tłumaczenia reszcie redakcji oczywistych oczywistości. Byli trochę jak dzieci. Dziś nadszedł właśnie taki dzień.

***

Wiochi przyglądał się zbuntowanym drzwiom z bezpiecznej odległości.
– Stoicie tak i się gapicie na to dziwactwo już od dziesięciu minut – powiedziałem zniecierpliwiony. – Co to jest? I czy to legalne? Znaczy się, nie przyczepią się do nas Obrońcy Praw Drzwi? Albo coś?
– A także czy Kerry może mieć z tym coś wspólnego? – dodał Jose.
– I czy wyrobimy się przed kolacją? – zapytał zakłopotany Dr. Strange. – Obiecałem Verleemu, a poza tym robię się już głodny. Te całe wybuchy i wstrząsy sprawiają, że człowiek dostaje ochoty na porządną, ciężkostrawną zapiekankę.

Jak na złość, ściany zatrzęsły się, a wiązka ciemnej energii strzeliła z trzaskiem i spaliła Zenkowi jego ulubiony słomiany kapelusz. Naczelny taktyk zaklął pod nosem.

– Zastanawiam się – rzekł nadredaktor – czy to może eksplodować. A jeśli tak, czy można dzięki temu załapać się na kilka ładnych dziewic w niebie.
– Dobra dziewica nie jest zła – stwierdziłem filozoficznie.
– Zamknięcie ci nie służy, co Verlee? – zaśmiał się Ziutek bezlitośnie. – Podupczysz na przepustce. Kiedyś… Za kilka lat… Może.
– Widział ktoś ostatnio Lukaszap? – Pytanie Dr. Strange’a było zaadresowane do wszystkich i nikogo równocześnie. – Dalej chory w łóżku leży? Podobno od tygodnia wstać nie może.
Defique podniósł głowę.
– Już wiem – powiedział głośno triumfalnym tonem. – To w sumie nie było takie trudne do rozwiązania.
Wszyscy skierowali na niego swoje spojrzenia.
– No co – Defique wzruszył ramionami. – Wygląda na to, że forum… hmm… padło. Serwer im zdechł.
Drzwi, zadowolone, że wreszcie ktoś odgadł ich zagadkę, filuternie szczypnęły Defique strumieniem ciemnej energii w tyłek.

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2009
Dodano: 12.04.2009

Liczba wyświetleń: 2996

Średnia ocen: 6.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu